macierzyństwo

No to sobie pojechaliśmy na konferencję… do pięknego resortu, z opieką dla dzieci, pięknym SPA, trasami do joggingu, spacerowania, nie wspominając o restauracjach, w których widziałam już siebie w końcu siedzącą w jednym miejscu dłużej niż 15 min i popijającą lampkę bellini przy nucie fortepianu na żywo…

Skoro tak zaczęłam, to już się zapewne domyślacie, że jesteśmy na miejscu ale żadna z powyżej wymienionych atrakcji nas nie dotknęła 🙂 Philippa dosłownie wypchałam z pokoju siłą na uroczystą kolację, żeby choć nieco luzu zażył biorąc pod uwagę ilość pracy i obowiązków jakie ma w tygodniu.

Kryzys rodzicielski z czwartku na piątek

Ostatnie miesiące są dla nas naprawdę trudne… Jeśli ktoś się czasem zastanawia, jak to jest żyć na drugim końcu świata z małymi dziećmi, z dala od rodziny, odpowiadam Wam głośno i wyraźnie: MEEEGA ciężko. Kiedy moja Mama do nas przylatywała, to był zupełnie inny wymiar egzystencji. Dom zawsze pachniał domową zupą, świeżymi kwiatami, był przepełniony takim niesamowitym spokojem, a Celinka latała na skrzydłach z radości przebywania z ukochaną Babcią. Tego niestety już nigdy nie zaznamy, a żyć trzeba dalej… Dzień za dniem wyznacza własne tory i zaskakuje nas kiedy chce i jak chce. Odkąd wróciłam do pracy, a jest to już trzeci miesiąc mojej aktywności zawodowej, zastanawiam się czasem (mniej więcej co drugi wieczór), czy mnie dosłownie powaliło, że nałożyłam sobie tyle nowych obowiązków na głowę mając dwoje małych dzieci i zero pomocy. Zaraz jednak po żarliwych pretensjach do samej siebie, stwierdzam po raz kolejny, głośno i wyraźnie, że ja przecież muszę pracować, bo bez pracy nie wyobrażam sobie codzienności. Kocham moje dzieci ponad wszystko na świecie ale ze swoją osobowością nie byłabym w stanie „siedzieć” w domu przez kolejne 3 lata i zajmować się już „tylko” dziećmi i domem. Może to się wydawać niektórym dziwne ale ja funkcjonuję dużo lepiej, kiedy mam tysiąc rzeczy na głowie, a praca, którą kocham, jest po prostu częścią mnie. Obowiązków domowych nie ubyło, a zawodowych przybywa w zasadzie każdego dnia. Projekty się dwoją, a nawet troją, co ogromnie mnie cieszy, lecz balans w tym wszystkim jest zdecydowanie wskazany… Dlatego  właśnie postanowiliśmy z Philippem, że kiedy on ma wyjazd służbowy, czy konferencję, to my jedziemy z nim, a kiedy mam ja, on i dzieci jadą ze mną. Zawsze robimy sobie przy takiej okazji wspólne mini wakacje i mamy czas na doładowanie baterii. No cóż… nie zawsze, jak pewnie same dobrze wiecie, wszystko idzie po naszej myśli…

Dzień zaczął się cudnie i choć wyjechaliśmy 3h poźniej niż zaplanowaliśmy, to wszyscy czuli się super i mieli świetne humory. Po drodze do Austin, stolicy teksasu, w której miała miejsce Philippa konferencja, zrobiliśmy sobie fajny pit stop, gdzie dodatkowo najlepsza kawa, jaką chyba w życiu piliśmy, utwierdziła nas w przekonaniu o doskonale rozpoczynającym się długim weekendzie 🙂

 

macierzyństwo

 

Z Celisią zakosztowałyśmy też przesmaczystego brownie na gorąco z lodami waniliowymi, tak więc trudno o lepiej ropoczęty długi weekend 😉

 

macierzyństwo

 

Przyjechaliśmy na miejsce, resort jak marzenie, pogoda idealna 27stC i ten zapach natury roztaczający się wokół… Philipp udał się na inauguracyjne spotkanie o 18, a my ruszyłyśmy na piękny spacer. Celinka zachwycona nowym placem zabaw, który odwiedziłyśmy, a Tosia czerwonymi ptaszkami nam towarzyszącymi całą drogę, na które cały czas wołała „this” i „that”. Jej dwa nowe ulubione słowa 🙂

 

czas z rodziną

 

Po powrocie, zamówiłyśmy sobie kolację do pokoju, wykąpałam obie stokrotki, Antosia wypiła mleczko i zasnęła. Celinka podekscytowana spaniem w ogromnym łóżku hotelowym, które miała całe dla siebie, nie mogła zasnąć do 22:30 oczywiście 🙂 O 22 jednak Antoninka się obudziła z płaczem, no i …. w sumie było już po naszym weekendzie…

Właśnie jesteśmy w drodze powrotnej do domu i do teraz nie wiemy co jej zaszkodziło. Podejrzewamy, że najpewniej zjadła gdzieś coś ukradkiem z podłogi, bo nie jadła nic innego niż Celinka i my, a wszyscy czujemy się dobrze.

Jak zaczęła płakać o 22 w środę, tak w zasadzie płakała do północy z czwartku na piątek. Ani noszenie, ani wspólne leżenie, głaskanie, śpiewanie czy to moje, czy Philippa nie przyniosło żadnych skutków, aż do pierwszego zwrotu akcji w małym brzuszku o 2:30 nad ranem. Nie wiem jak Wy ale ja czuję w sobie taki strach, kiedy dzieci wymiotują, że ciężko mi zapanować nad własnym łzami. Tak się malutka męczyła ale po tym, jak wyrzuciła z siebie „ten” ciężar, spała od 3 do 6 rano. Philipp biedny, zamiast wyspać się na nadchodzący długi dzień konferencyjny, spał tak jak ja tylko 3h. O 7:30 wyszedł na biznesowe śniadanie cały przejęty, biorąc pod uwagę tonację krzyku Tosi. O dziwo Celinka, jak zasnęła o 22:30, tak spała do 8 i żaden nawet najgłośniejszy krzyk Tosi jej nie wybudził.

O 8 zaczęły się kolejne torsje… O 9 humorek Tosi powrócił i wygłodniała totalnie, sama pokazywała na butelkę, że chce mleczka. Z duszą na ramieniu zrobiłam jej odrobinkę, którą wypiła z ogromnym smakiem. Zeszłyśmy zatem we trzy na śniadanie, gdzie pierwsze 30min były spokojne i upłynęły nam w pełni wakacyjnie. Toś relaksowała się w wózku ze swoją ukochaną żabą, a Celinka zajadała owsiankę z górą owoców i jej ulubionym cynamonem. Po chwili jednak kruszynka mała zaczęła marudkować, a po kolejnych 2 minutach spędzonych na moim ramieniu zaczęła na środku sali śniadaniowej wymiotować tak potężnie, że zleciała się chyba cała obsługa kuchenna, łącznie z managerem. Przemiły Pan, który obok nas przygotowywał omlety dla gości hotelowych, przyleciał ze stertą białych wykrochmalonych serwetek i pomagał mi utrzymać Tosię w pozycji, bo zaczęła wywijać się dosłownie w chińskie zero. Wszystko zadziało się tak szybko, a ja po środku tego wszystkiego z dwójką dzieci, bałaganem jaki ciężko Wam sobie nawet wyobrazić i osobami które były nam nadzwyczajnie życzliwe. Mimo uprzejmości personelu, czułam jednak pewien wstyd, patrząc na relaksujących się gości wokół przy swojej porannej kawie i pachnącej jajecznicy na boczku. Całe szczęście, że w Stanach ludzie są bardzo życzliwi i wyrozumiali na tego typu sytuacje. Ja jednak nie lubię robić wokół siebie szumu, zatem zebrałam się najszybciej jak potrafiłam i wyszłam do pokoju. Pan z obsługi wybiegł za mną i wręczył kilka bananów i świeżych bułeczek mówiąc, że to chyba najlepsze menu jakie mają na mały chory brzuszek i że ma nadzieje, że to pomoże. Przesłodkie to było szczerze, a zarówno banany, jak i bułki przydały się później idealnie 🙂

Cały dzień był już z głowy. Co Tosia przysnęła, to czuwałam nad nią czy oddycha, czy nie ma gorączki, czy zbiera jej się na kolejne torsje, czy w razie wymiotów ma odpowiednią pozycję, zabawiając przy tym Celinkę, która kipiała dosłownie energią. Kiedy Antoninka się przebudziła, zaprowadziłam Celisię do hotelowego klubu dla dzieci, gdzie w końcu mogła spożytkować swoją energię i została tam z największą przyjemnością. Tak na marginesie, jednym z ogromnych plusów wczesnego posłania dziecka do przedszkola jest to, że nie czuje ono wstydu, ani strachu przed czymś nowym… nowe miejsce, nowe dzieci, nowe opiekunki, a Celinka z pewnością siebie, asertywna i podekscytowana możliwościami zabawy, odnalazła się w nieznanym jej jak dotąd miejscu bez żadnych problemów.

Cała reszta dnia upłynęła mi na noszeniu Tosi, tuleniu i śpiewaniu kołysanek niezależnie od pory dnia. Sama byłam tak wyczerpana ostatnimi tygodniami, a tu nagle taka sytuacja, która wyzwala w kobiecie poziom adrenaliny 100%… 100% uwagi, 100% skupienia i niestety 100% martwienia się. Choć nie należę do matek przewrażliwionych i rzadko kiedy panikuję, stan Tosi martwił mnie. Zaczęłam się obwiniać, że po co braliśmy dzieci, że trzeba było zostać w domu, że Philipp mógł jechać sam ale przecież nie da się wszystkiego przewidzieć… Uwielbiamy być razem i kiedy to tylko możliwe, zawsze wszędzie razem jeździmy, dlatego moje wyrzuty wobec samej siebie były kompletnie bezsensowne.

 

chore dziecko

 

Noc jednak była najgorsza… Po torsjach, które w końcu ustały, przyszło… zatwardzenie małego brzuszka. Bolesne, płaczliwe, wymagające noszenia, śpiewania, tulenia, masowania, podawania ciepłej wody i kojenia płaczącej wyczerpanej istotki. Wtedy dopadł mnie kryzys totalny. Nosiliśmy i tuliliśmy z Philippem na zmianę rodząc kupkę w strasznych boleściach. Każda z Was pewnie przeżyła to chociaż raz… Choć może niekoniecznie, bo z Celinką aż takich brzuszkowych ekscesów nigdy nie doznaliśmy. Tak czy siak, moje ciało odmówiło mi posłuszeństwa, a łzy zalały poduszkę doszczętnie. Kryzys rodzicielski zaliczony w pełnej krasie (!). Wiedziałam dokładnie, że samopoczucie Tosi było kropką nad „i”, a mój stan był połączeniem wielotygodniowego zmęczenia z zamartwianiem się o małego słodkiego okruszka, a do tego głodem, bo ja nie potrafię jeść kiedy się tak stresuję. Philipp jest jednak moim prawdziwym stróżem i w nocy nie dość, że tulił małego bączka godzinami, to jeszcze dokarmiał żonkę… Ale trzeba przyznać, że zna się chłopak na rzeczy, bo trudno po truskawkach w czekoladzie nie poczuć się lepiej choćby w środku nocy 😉

 

kryzys rodzica

 

Wspólny poranek wyglądał już o niebo lepiej. Mieliśmy czas, nigdzie i nikt nas nie gonił, mogliśmy skupić się wszyscy tylko na sobie, a Tosia mimo nadal nie czującego się najlepiej brzuszka, miała już o niebo lepszy humor. W drodze powrotnej, przesłałam Wam zdjęcie z samochodu z pełną buzią uśmiechu i radości, bo wszędzie dobrze ale w domu najlepiej!!

Dla relaksu po przybyciu do domu, co zrobiła matka?? Odkurzyła cały dół, umyła lodówkę i nastawiła pranie 😀 Nie da się ukryć, że to są rzeczy, które wprowadzają we mnie najwięcej spokoju 😉 haha Ciekawe, czy któraś z Was też tak zboczona jak ja… 😀

No…. więc tak wyglądał nasz wyjazd wypoczynkowy. Jest sobota 13:25 i właśnie zakańczam to zdanie z Tosią już czującą się doskonale i brojącą koło mnie na kanapie.

 

zdrowe dziecko

 

Celisia drzemie, Philipp robi ciasto na pizzę i ot taki zwyczajny cudowny bezbolesny, z piękną kupką w pieluszce mamy dziś dzień. Jak widać… niewiele rodzicom do szczęścia potrzeba 😉

 

wychowanie dziecka

 

Cmok :*

Od Tosi i ciotki J.

KRYZYS RODZICIELSKI
5 (100%) 3 votes
ZAPISZ SIĘ NA BEZPŁATNY NEWSLETTER I ODBIERZ DARMOWEGO E-BOOKA!
POZNAJ 10 KROKÓW DO CZERPANIA RADOŚCI ZE SWOJEJ CODZIENNOŚCI!

Autorka bloga i właścicielka firmy Life & Family Coach. Niezachwiana optymistka, spełniona żona, mama i trenerka. Od ponad 11 lat realizuje swoją życiową misję, jaką jest wspomaganie kobiet w ich rozwoju oraz łączeniu roli mamy i żony, ze swoimi pasjami,  pracą  czy własnym biznesem. Od 3 lat aktywnie pomaga również rodzicom w ich zmaganiach wychowawczych do czego zainspirowały ją jej dwie córki oraz zamiłowanie do rozwoju intelektualnego dzieci i młodzieży.

Skontaktuj się